Komentarz i przekład na włoski Izabella Teresa Kostka.
Commento e traduzione in italiano Izabella Teresa Kostka.
***
Quando mi accingo a scrivere un commento a un ciclo di poesie presentato nell’ambito del “Focus letterario / Fokus Literacki”, cerco sempre di mantenere un distacco professionale, affinché le osservazioni qui espresse non derivino dal mio approccio emotivo e personale alla scrittura di un determinato autore, ma costituiscano una presentazione obiettiva del valore e dei molteplici elementi presenti nei testi proposti. Non è affatto sempre facile. Questa volta mi sono trovata di fronte a una sfida particolarmente difficile. La poesia di Wioletta Arleta Jaworska, stimata poetessa polacca contemporanea e insignita di numerosi premi e riconoscimenti, mi ha toccata così profondamente da mandare in frantumi la mia armatura professionale, costruita con tanta cura per proteggere il mio “distacco emotivo”. La raccolta di dodici poesie, che ho il piacere di sottoporre alla Vostra attenzione, è un’immagine toccante di un’appartenenza profondamente radicata nella cultura polacca, di una tradizione secolare tramandata di generazione in generazione, con il proverbiale “latte materno” e di padre in figlio da tempi immemorabili, nonché un intreccio di elementi così emblematici per i polacchi come la fede cristiana, i legami familiari e il desiderio di abbattere le convenzioni e gli schemi consolidati. E non so quale di questi aspetti abbia colpito maggiormente il mio cuore, ormai da ventisei anni profondamente legato alla terra italiana, diventata la mia seconda “terra familiare d’adozione”…
Immergendomi nella lettura, ho ritrovato ricordi, profumi, riti, simboli ed esperienze così vicini alla mia anima (la malattia dell’amata madre, il culto della Madonna, l’antica usanza di servire il tradizionale “rosół / consommé / brodo” ai malati, il rituale antichissimo e crudele legato alla preparazione della “czernina”) che, lo confesso sinceramente, ho versato molte lacrime, cedendo a un pianto profondo, quasi catartico. E non è forse proprio la capacità di suscitare le emozioni più profonde, da sempre, una delle qualità più sublimi della poesia più preziosa? Cercherò, tuttavia, di mantenere un tono più professionale per esaminare brevemente gli elementi più significativi dei componimenti qui presentati.
La poesia di Jaworska rappresenta un caleidoscopio di mondi intrisi di polonità, sospesi tra la vita quotidiana e l’inevitabilità della morte, tra la fede e il dubbio, tra un’infanzia non sempre facile e la maturità, tra un profondo attaccamento alle proprie radici e il desiderio di ribellarsi e di liberarsi dal loro peso. È, a tratti, quasi prosa poetica costruita attraverso gli oggetti di uso quotidiano, i gesti familiari, le tradizioni e i paesaggi della campagna polacca, che si rivela ormai come un mondo destinato a scomparire nell’oblio. L’anima polacca di questi testi emerge soprattutto nell’ambito delle usanze rurali, nella presenza della fede cattolica e nella familiarità di una cultura in cui l’inseparabile Sacrum si intreccia con la vita quotidiana, ordinaria e talvolta persino crudele, come nella poesia “Czernina”. La campagna costituisce una sorta di scrigno della memoria, una forma di appartenenza, un mondo di gesti e credenze sopravvissuto nei corpi e nelle parole delle generazioni.
L’autrice, però, non si abbandona a un patriottismo enfatico e gonfiato, né si lascia attrarre da un’utopia quasi bucolica. Al contrario, mantiene un equilibrio e una misura straordinari, insieme a sobrietà, credibilità e attenzione all’autenticità del messaggio. La campagna di Wioletta Arleta Jaworska non è un paradiso perduto e idealizzato, ma una realtà imperfetta, a volte crudele e proprio per questo viva. Le radici familiari e generazionali non vengono rappresentate come un rifugio, ma, a causa dei loro limiti, come un’ancora secolare dalla quale è necessario liberarsi per poter crescere e realizzarsi. Questo desiderio di emancipazione e di indipendenza convive con un profondo senso di appartenenza alle persone, alla religione e ai luoghi. Nei versi emerge anche il desiderio di proteggere e trattenere chi si avvicina inesorabilmente al momento dell’addio, del traguardo finale. Nella poesia “La sciamana”, l’io lirico venera gli oggetti più comuni, massaggia una mano e una gamba, pronuncia parole e mantra, assumendo il ruolo di una guaritrice impotente, consapevole che i suoi sforzi potrebbero, nonostante tutto, non bastare a scongiurare la perdita di una persona cara. L’ultimo verso, “forse indietreggerai”, rivela la speranza: forse colui che sta varcando la soglia della morte potrà riuscire a invertire il proprio cammino. Vorrei sottolineare che la malattia e la morte, il legame con i genitori e i ricordi dell’infanzia, spesso variegati e privi di idealizzazioni, attraversano numerosi componimenti senza mai essere racchiusi in concetti strettamente astratti: il lettore li percepisce in modo tangibile, quasi viscerale e fisico.
Oserei definire questo ciclo di poesie una meditazione intrisa di polonità, una meditazione sul valore del tempo e sull’ininterrotto ciclo della trasmissione intergenerazionale, ricca di valori secolari, sacrifici e liberazione. La poesia diventa uno specchio delle trasformazioni generate dalle relazioni e dalle esperienze tra le generazioni, dai dolori e dalle gioie, dalla sofferenza e dalla speranza. La voce di Wioletta Arleta Jaworska cerca di mettere in evidenza ciò che è rimasto, di attribuire significato ai contrasti e di mantenere vivo il legame con coloro che non sono più tra noi poiché, come afferma la nostra straordinaria premio Nobel Olga Tokarczuk nell’opera “Nella quiete del tempo” (in originale polacco “Prawiek i inne czasy”): “Gli uomini pensano di vivere sulla superficie della terra, mentre in realtà vivono all’interno del tempo che i loro antenati hanno lasciato loro”.
Con profonda commozione, invito tutti alla lettura delle poesie che seguono.
Izabella Teresa Kostka
23 ottobre 2026
****
Podejmując się pisania komentarza do cyklu wierszy przedstawianych w ramach “Fokusu Literackiego / Focus letterario”, staram się zawsze zachować profesjonalny dystans, by wyrażone tu spostrzeżenia nie wynikały z mojego emocjonalnego, osobistego podejścia do twórczości danego autora, lecz były obiektywnym ukazaniem wartości i różnorodnych elementów prezentowanych tekstów. Nie zawsze jest to jednak łatwe. Tym razem stanęłam w obliczu wyjątkowo trudnego wyzwania. Poezja Wioletty Arlety Jaworskiej, wielokrotnie nagradzanej i cenionej współczesnej poetki polskiej, poruszyła mnie tak dogłębnie, że skruszyła mój misternie skonstruowany, profesjonalny pancerz “niezaangażowania uczuciowego”. Zbiór dwunastu wierszy, który mam przyjemność poddać Waszej uwadze, jest wzruszającym obrazem głęboko zakorzenionej polskości, odwiecznej tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie, z przysłowiowym “mlekiem matki, z dziada pradziada”, a także splotem tak emblematycznych dla Polaków elementów wiary chrześcijańskiej, więzi rodzinnych oraz dążenia do obalenia konwenansów i utartych schematów. I nie wiem, która z tych cech najbardziej poruszyła moje serce, które od 26 lat jest już blisko związane z włoską ziemią, która stała się mą drugą “przysposobioną ziemią rodzinną”…
Zagłębiając się w lekturze, odnalazłam tak bliskie mej duszy wspomnienia, wonie, obrzędy, symbole i doświadczenia (choroba ukochanej matki, kult Matki Boskiej, stary zwyczaj podawania “rosołu” chorym, bardzo stary i okrutny rytuał związany z przygotowaniem “czerniny”), iż – przyznaję się do tego szczerze – uroniłam wiele łez, pogrążając się w głębokim, niemal katarktycznym szlochu. A czyż właśnie wywoływanie najgłębszych emocji nie jest od zawsze najbardziej wysublimowaną cechą najcenniejszej poezji? Spróbuję jednak zachować bardziej zawodowy ton, by omówić pokrótce najistotniejsze elementy publikowanych poniżej utworów.
Poezja Jaworskiej ukazuje kalejdoskop zabarwionych polskością światów, będących obszarem pomiędzy codziennym życiem a nieuchronną śmiercią, wiarą a zwątpieniem, nie zawsze łatwym dzieciństwem a dojrzałością, głębokim przywiązaniem do korzeni a pragnieniem buntu i uwolnienia się od ich ciężaru. To miejscami proza poetycka zbudowana z codziennych przedmiotów, rodzinnych gestów, tradycji i pejzaży polskiej wsi, która staje się już światem odchodzącym w zapomnienie. Polska dusza tych tekstów ujawnia się przede wszystkim w sferze wiejskich obyczajów, obecności wiary katolickiej oraz swojskości kultury, w której nieodłączne Sacrum splata się ze zwyczajnym, czasem nawet dość okrutnym (wiersz “Czernina”) życiem codziennym. Wieś stanowi swoisty skarbiec pamięci, formę przynależności, świat gestów i wierzeń, który przetrwał w ciałach i słowach kolejnych pokoleń. Autorka nie popada jednak w emfatyczny, napompowany patriotyzm, nie przechyla się także w stronę sielankowej utopii. Wręcz przeciwnie, zachowuje wyjątkowo staranny umiar i powściągliwość, wiarygodność, surowość i dbałość o autentyczność przekazu. Wieś Jaworskiej nie jest utraconym, wyidealizowanym rajem, lecz rzeczywistością niedoskonałą, niekiedy okrutną i właśnie dlatego żywą. Rodzinne i pokoleniowe korzenie nie są ukazane jako schronienie, lecz ze względu na swoje ograniczenia stanowią odwieczną kotwicę, od której trzeba się uwolnić dla własnego rozwoju. To pragnienie emancypacji i niezależności współistnieje z głębokim poczuciem przynależności do osób, religii i miejsca. W wierszach pojawia się także pragnienie ochrony i zatrzymania kogoś, kto nieuchronnie zbliża się do odejścia. W wierszu “Szamanka” podmiot liryczny otacza czcią najzwyklejsze przedmioty, masuje dłoń i nogę, wypowiada słowa i mantry, przyjmuje rolę bezradnej uzdrowicielki, świadomej, że jej starania mogą nie wystarczyć, by powstrzymać utratę bliskiej osoby. Ostatni wers “może zawrócisz” zawiera nadzieję, że ktoś przekraczający próg śmierci zdoła zawrócić. Chciałabym podkreślić, że choroba i śmierć, więź z rodzicami oraz różnobarwne, niewyidealizowane wspomnienia z dzieciństwa przenikają wiele utworów, ale nigdy nie zostają sprowadzone do wyłącznie abstrakcyjnych pojęć, lecz są namacalnie odczuwane przez czytelnika.
Poniższy cykl wierszy nazwałabym zatem pełną polskości medytacją nad czasem, nad nieprzerwanym cyklem międzypokoleniowego przekazu, pełnego odwiecznych wartości, trudu i wyzwolenia. Poezja staje się w nim zwierciadłem przemian będących następstwem międzypokoleniowych relacji i doświadczeń, smutków i radości, cierpienia i nadziei. Głos Wioletty Arlety Jaworskiej stara się ukazać to, co pozostało, nadać znaczenie kontrastom i podtrzymać nieprzerwaną więź z tymi, których już nie ma, gdyż, jak twierdzi nasza wspaniała noblistka Olga Tokarczuk w dziele “Prawiek i inne czasy”: “Ludzie myślą, że żyją na powierzchni ziemi, a tymczasem żyją wewnątrz czasu, który zostawili im przodkowie”.
Z głębokim wzruszeniem zapraszam wszystkich do lektury poniższych wierszy.
Izabella Teresa Kostka
23 października 2026 r.
***
Jeśli czas jest Bogiem
Zmięte powłoki szyi narzucone na kark jak pościel
po nieudanym śnie albo pomarszczony aerostat
Hynka. Rozwleczony nie tam gdzie powinien.
Puzzle rozbieganych plam na dłoni. Z niepokojem
odkrywam różnicę wieku między mną a światem.
Bezwzględność wszystkich teorii czasu pokazuje
lustro – brutalny przyjaciel, gdzie upodabniam się
do swoich przodków. Za wszelką cenę próbuję
przebić pokoleniową ścianę, by nie przeżyć
życia w jednej wsi, jednym domu. Osiadłej
babki, która nigdy nie pojęła mechanizmu
roweru, matki, która nigdy nie zrobiła prawa
jazdy, ojca uczepionego krwawicy niczym koła
ratunkowego. Łamię stereotypy. Zaprzeczam
teorii powtarzalności. Wytyczam nowe szlaki,
by zdobyć szczyty. Jeśli czas jest iluzją naszych
umysłów – stoi, a my podróżujemy w czasie,
który nie rodzi się, nie umiera bez krwi i kości
starczej skóry. Jakby mówił: jestem, który jestem.
*
Se il tempo è Dio
Le pieghe sgualcite del collo gettate sulla nuca come lenzuola
dopo un sonno fallito, oppure come un aerostato
raggrinzito di Hynek. Allungato là dove non dovrebbe.
Un puzzle di macchie sparse sul dorso della mano. Con inquietudine
scopro la differenza d’età tra me e il mondo.
La spietatezza di tutte le teorie del tempo si rivela
nello specchio – amico brutale nel quale mi vedo sempre più simile
ai miei antenati. A ogni costo cerco di sfondare
il muro generazionale, per non trascorrere la vita
in un solo villaggio, in una sola casa. Quella della nonna,
rimasta per sempre legata al proprio luogo, che non ha mai compreso
il meccanismo della bicicletta, della madre, che non ha mai preso
la patente, del padre, aggrappato al frutto del proprio sudore come
a un salvagente. Infrango gli stereotipi. Nego
la teoria della ripetizione. Traccio nuove rotte
per conquistare le vette. Se il tempo è un’illusione delle nostre
menti – allora è immobile e siamo noi a viaggiare nel tempo,
che non nasce né muore senza il sangue e le ossa, senza la pelle
senile. Come se affermasse: Io sono colui che sono.
***
Matko, przyjdź do nas
Chodzę do pierwszej klasy i czytam płynniej
od starszego brata. Ojciec wymawia trudne
słowo: peregrynacja. Mówi, że będziemy mieć
gościa. A tu parny lipiec. Przedwczesny zapach
lipy i kłosów miesza się u sąsiada, pszenne łany
jak złote, gęste włosy. Tak sobie Ciebie wyobrażam.
I że masz jasne, błękitne oczy. Jakbyś była
moim większym odbiciem.
Przyszła w ciemności, jakby też bała się tajniaków,
o których ojciec mówił, że jeżdżą czarną Wołgą
i kradną niegrzeczne dzieci. Nikt nie tłumaczył
jakimi drogami. Przecież nie znała adresu. Może
dlatego miała twarz jakby pomalowaną sadzą,
bo jednak się chowała? Zdrowaśki odbijały się
echem od oblicza. A czarnoskóra Pani patrzyła,
wcale nie z wysoka, na dziewczynkę z mysimi
kitkami.
Mam prawie pięćdziesiąt szwów na skroniach
poszarzałych od dymu z jesiennego ogniska
(taki był zwyczaj przy wykopkach), skórę
przesiąkniętą mieszanką zapachów z półwiecza.
Jestem człowieczym kalendarzem, dźwigam
na barkach kartki wyrwane wpół. Wchodzę
w biel kościoła, gdzie witraż w prezbiterium
składa światło w moje ramiona, a ksiądz ogłasza,
że diecezjami idzie do nas bezsukienna Matka Boska.
A przecież my się dobrze znamy.
Jak Matka i córka.
Czekam.
*
Madre, vieni da noi
Frequento la prima elementare e leggo più velocemente
di mio fratello maggiore. Papà pronuncia una parola
difficile: peregrinazione. Dice che verrà
un’ospite. E intanto siamo in un luglio afoso. Il profumo precoce
dei tigli e delle spighe si mescola nei campi del vicino, nelle distese di grano
come chiome dorate e folte. È così che ti immagino.
E suppongo che tu abbia occhi chiari, azzurri. Come se fossi
il mio riflesso più grande.
È arrivata nell’oscurità, come se anche lei temesse gli agenti in borghese,
quelli che, come diceva papà, viaggiavano su una Volga nera
e rapivano i bambini disobbedienti. Nessuno spiegava
quali strade percoresse. Del resto, non conosceva l’indirizzo. Forse
per questo aveva il viso imbrattato di fuliggine,
perché, in fondo, si nascondeva anche lei? Le Ave Maria
rimbombavano in eco sul suo volto. E la Signora dalla pelle nera guardava,
senza affatto farlo dall’alto in basso, una bambina con due
codini color topo.
Ho quasi cinquanta punti sulle mie tempie
ingrigite dal fumo dei falò autunnali
(così si faceva durante la raccolta delle patate), la mia pelle
è intrisa di una miscela di odori accumulati in mezzo secolo.
Sono un calendario umano, porto
sulle spalle pagine strappate a metà. Entro
nel biancore della chiesa, dove la vetrata del presbiterio
deposita la luce tra le mie braccia e il sacerdote annuncia
che, attraverso le diocesi, si dirige verso di noi la Madonna senza veste.
Eppure noi ci conosciamo bene.
Come Madre e figlia.
Attendo.
***
Zanim
Matka była młodsza o jedenaście lat. Wspominasz biel
prześcieradeł: nie lubię tych wspomnień. Są jak zadry,
cierń wbity w skórę relacji. Mimo to spotykamy się
cyklicznie na osi czasu, nie wiedząc, która sekwencja
będzie ostatnia.
Jeśli umrzesz pierwszy, co sugerujesz nieustannie,
bo ile może żyć dziewięćdziesięciolatek? Uwierz,
może przeżyć nas wszystkich.
Życie, to cienka struna włosa. Wypadkowa
zmiennych.
Nie kupię ci butów ani garnituru – wisi w szafie.
Zawsze oszczędzałeś.
Nie ogolę twarzy, zrobi to syn.
Nie uporządkuję pokoju, ubrań ani zdjęć.
Nie zachowam pamiątek, choć bardzo
bym chciała.
Zrobią to ci, którym ziemię przepisałeś.
Wszystko co mogę mieć, zawiera się
w głowie. Dlatego, póki żyjesz,
gromadzę dane.
*
Prima che
La madre era più giovane di undici anni. Ricordi il bianco
delle lenzuola: non amo questi ricordi. Sono come schegge,
una spina conficcata nella pelle della relazione. Eppure ci incontriamo
ciclicamente sull’asse del tempo, senza sapere quale sequenza
sarà l’ultima.
Se morissi per primo, come continui a suggerire,
perché quanto può vivere un novantenne? Fidati,
potrebbe sopravvivere a tutti noi.
La vita è un sottile filo di capelli. La risultante
di variabili.
Non ti comprerò scarpe né un abito elegante – è appeso nell’armadio.
Hai sempre risparmiato.
Non ti raderò il viso, lo farà tuo figlio.
Non metterò in ordine la stanza, i vestiti né le fotografie.
Non conserverò i ricordi materiali, anche se
mi piacerebbe tanto.
Lo faranno coloro ai quali hai intestato la terra.
Tutto ciò che posso avere è custodito
nella mia testa. Per questo, finché sei in vita,
raccolgo dati.
*****
Rozwarstwianie
“Słowo cebula ma sens, ponieważ odnieść je można do czegoś obserwowalnego”.
Stefan Themerson, Kardynał Pölätüo
O przerwaniu nici można mówić, gdy nić namacalna,
na przykład w kołowrotku albo w swetrze. Na szpitalnym
parapecie kruszę gawronom croissanta. Składa się z wielu
drożdżowych warstw, wilgotny tylko w środku. Godziny
oczekiwania na zabieg dłużą się niemiłosiernie. Patrzę na rękę
z ograniczonym dopływem życia przez wenflon. Skóra
przypomina rogala, tylko zmarszczki układają się w nową
sieć linii papilarnych. Mamy coraz mniej dni. I odwrotnie:
czas ma coraz mniej nas. Starzenie się – powolne odchodzenie
przędzy od wrzeciona, łusek od skóry, za którymi bezmiar
strachu i nie ma znaczenia, kto umiera – człowiek czy pies.
Bezwładne ciepło przelewa się przez ręce. W oczach
nieruchomieje świat. I przekornie: świata nie zatrzymuje
czyjaś śmierć.
Mój ojciec jest bardziej stary niż brzozy okalające dom –
na skórze białe plamy i blizny rozdzielają ciągłość tkanki
zadartej jak spienione czubki fal. – Najlepsza jest gliceryna –
mówi, smarując dłonie na noc (która od zawsze jest niepewna,
a raz ostatnia). Kiedyś smukły, skurczył się, zmalał, skarlał.
Od śmierci mamy trudno nam znaleźć wspólny język,
rozmowa się nie klei. A ona umarła, stoi nad nami,
wieszczy i patrzy. Chodzi po kuchni, pewnie kisi ogórki,
kładzie wiśnie w kompoty. Ojciec szybciej przez palce
przepuszcza paciorki, łączy światy.
Jakby wszystko miało warstwy.
*
Stratificazione
“La parola cipolla ha senso perché può essere riferita a qualcosa di osservabile”.
Stefan Themerson, cardinale Pölätüo
Possiamo parlare di rottura del filo quando il filo è tangibile,
per esempio in un arcolaio o in un maglione. Sul davanzale
della finestra dell’ospedale sbriciolo un croissant per le cornacchie. È composto
da molti strati di pasta lievitata, umido soltanto al centro. Le ore
d’attesa per l’intervento si trascinano spietatamente. Scruto la mano,
alla quale la vita giunge in misura ridotta attraverso l’agocannula. La pelle
pare un cornetto, solo che le rughe si dispongono
in una nuova rete di linee papillari. Possediamo sempre meno giorni. E viceversa:
il tempo ha sempre meno noi. Invecchiamento – il lento distacco
del filo dal fuso, delle squame dalla pelle, dietro cui si spalanca un’immensità
di paura, e non importa chi muore – un essere umano o un cane.
Il calore inerme trabocca dalle mani. Negli occhi
il mondo si immobilizza. E, per contraddizione, il decesso di qualcuno
non ferma il mondo.
Mio padre è più vecchio delle betulle che circondano la casa –
sulla cute, macchie bianche e cicatrici interrompono la continuità del tessuto, sollevato come le creste spumeggianti delle onde. – La migliore è la glicerina –
dice, spalmandosi le mani prima di dormire (una notte da sempre incerta,
e una volta l’ultima). Un tempo slanciato, si è rattrappito, rimpicciolito, fatto minuto. Da quando è morta la mamma, facciamo fatica a trovare un linguaggio comune,
la conversazione non decolla. E lei è morta, eppure è lì, incombe su di noi,
profetizza e osserva. Cammina per la cucina, probabilmente mette i cetrioli a fermentare, sistema le ciliegie nei barattoli per le composte. Mio padre fa scorrere
i chicchi del rosario più velocemente tra le dita, congiunge i mondi.
Come se ogni cosa possedesse degli strati.
****
wsi spokojna
jeszcze są sielskie wsie gdzie zamiast zapachu tui
i świerków rozchodzi się smród obornika
zamiast betonowych płyt podwórza – błotnisty raj
dla drepczących kaczek
a z parownika kipi woda od resztek ziemniaków
jeszcze są wsie gdzie jesienią pachną łęty
i górajki do pieczenia kiełbasy
Azor leży do góry brzuchem – wyczekuje
aż ktoś go podrapie
gdzie nikt nie czeka na unijne dopłaty
traktor z nawigacją – bo czyż można zgubić się
na własnym polu
jeszcze są wsie gdzie czas zasnął
pod drewnianym płotem
*
Oh, campagna pacata
esistono ancora villaggi idilliaci dove, al posto del profumo di tuie
e abeti, si diffonde il fetore del letame
e, al posto delle lastre di cemento nei cortili – un paradiso fangoso
per le anatre che trotterellano,
mentre dalla caldaia ribolle l’acqua con gli avanzi delle patate
esistono ancora villaggi dove in autunno profumano gli steli
e i górajki* per arrostire le salsicce.
Azor* giace a pancia in su, in attesa
che qualcuno gli gratti la pancia
dove nessuno aspetta i contributi dell’Unione Europea
né un trattore con navigatore – perché mai ci si dovrebbe perdere
nel proprio campo?
esistono ancora villaggi dove il tempo si è appisolato
sotto una staccionata di legno
* górajki: regionalismo linguistico che indica il fuoco, il falò.
* Azor: un nome popolare per i cani nelle zone rurali della Polonia, un po’ come Fido in italiano
***
głodne dusze
wyglądają z okien starych domów kiwają palcem chodź
przez uchylone błękitne drzwi
ze zdartą czasem farbą
niczego nie przesuwam
nie dotykam – jakby muśnięcie
bezcześciło pamięć
jeśli dobrze się wsłuchać
można usłyszeć resztki rozmów
szuranie buta
pytasz czemu fotografuję
obdarte ściany krzesło
ze złamaną nogą
stół
na którym królował krucyfiks z obrazkiem
na podorędziu różaniec – zdrowaśmaryjo
szeptane wargami niosło się echem po domu
bo stare domy są jak
cmentarz
umarłe tylko z wierzchu
*
anime affamate
si affacciano alle finestre delle vecchie case
fanno cenno con il dito vieni
attraverso le porte azzurre socchiuse
con la vernice scrostata dal tempo
non sposto nulla
non tocco nulla – come se una carezza
profanasse la memoria
se si ascolta attentamente
si possono udire i resti delle conversazioni
lo strisciare di una scarpa
mi chiedi perché fotografo
i muri scrostati la sedia
con una gamba spezzata
il tavolo su cui regnava un crocifisso con un’immagine sacra
a portata di mano il rosario – Ave Maria
sussurrate dalle labbra echeggiavano per la casa
perché le case antiche sono come
un cimitero
morte soltanto in superficie
*****
na wstecznym
gdyby wysilić pamięć cofnąć zegary
zejść do piwnic strychów po szczeblach wstecz
odpajęczyć obrazy oddrapać wszystkie rysy
i wyjąć zadry – nadać sprawom bieg zamiast amputacji
może wtedy dziecku mieszkającemu wewnątrz mnie
głos nie wiązłby w krtani
zamiast rytualnych krzyżyków na drogę
rowerem butem – czymkolwiek
byle dalej od siebie
jakby ucieczka mogła zdjąć maskę
wytopić sól spod powiek
zrobić z niej leczniczą lampkę – wzmocnić
dopływ sił witalnych – uporać się z cieniami
wiszącymi w głowie jak niedoprane pranie
spetryfikowane na amen
gdyby stanąć oko w oko
ramieniem otoczyć chude plecy
powtarzać mantrę – strachy na lachy – półgłosem
odganiając neurozy z odbić zaszybionych luster
odrysować wszystko palcem na opak
odpętlić złe słowo i dotyk
być może mała dziewczynka dorosłaby
do kobiety
*
in retromarcia
se si facesse uno sforzo di memoria si riportassero indietro gli orologi
si scendesse in cantina e in soffitta lungo i gradini a ritroso
si liberassero dalla polvere e dalle ragnatele le fotografie
si grattassero via tutte le cicatrici e si estraessero
le schegge – per rimettere le cose in moto invece di amputarle
forse allora alla fanciulla che vive dentro di me
la voce non si strozzerebbe in gola
invece delle rituali crocette di buon viaggio
in bicicletta a piedi – con qualsiasi mezzo
purché lontano da sé
come se la fuga potesse togliere la maschera
sciogliere il sale sotto le palpebre
farne una piccola lampada curativa – rafforzare
l’afflusso delle forze vitali – venire a patti con le ombre
appese nella testa come panni lavati male
pietrificate per sempre
se ci si fermasse faccia a faccia
si cingessero con un braccio le spalle magre
si ripetesse un mantra – sono solo paure – sottovoce
scacciando le nevrosi dai riflessi degli specchi vetrati
ricalcare, al contrario, ogni cosa con il dito
sciogliere la cattiveria delle parole e del tocco
forse quella piccola fanciulla sarebbe cresciuta fino a diventare
una donna
***
symbiotycznie
czego byś chciała dziewczynko
z włosami spiętymi na kokardę
mieszkająca wewnątrz mnie
matczyno-ojcowskiego falochronu którego nie zaznałaś
od niegodziwości rąk oczu i języka
(tylko odkażone rany mogą się zabliźnić)
chciałabym zobaczyć jak się rozciągasz
do rozmiarów prawie starej kobiety
którą jestem
u schyłku lata wlecze się korowód
cukrowej waty na błękitnym tle
przeładowana furmanka ze ślepym kulawym koniem
tylko dyszel nadaje bieg – byle do przodu
nie patrzeć wstecz
nie oglądać obrazów od których gęsi się skóra
rodzi się potrzeba przesłodzonej
gorącej herbaty i kołdry
po czubek łez
czego byś chciała dziewczynko
żeby nie bać się teatru
własnego cienia
wyjść aby zacząć żyć
*
in simbiosi
che cosa vorresti, bambina
con i capelli raccolti con un fiocco,
che vivi dentro di me?
il frangiflutti materno-paterno
che non hai conosciuto
contro la malvagità delle mani, degli occhi e della lingua
(solo le ferite disinfettate possono rimarginarsi)
vorrei vederti espandere
fino alle dimensioni di una donna quasi anziana
quella che sono
al declinare dell’estate si trascina una processione
di zucchero filato sullo sfondo ceruleo
un carro sovraccarico trainato da un cavallo cieco e zoppo
solo il timone gli indica la direzione – purché in avanti
senza guardare indietro
senza rivedere immagini che fanno accapponare la pelle
nasce il bisogno di tè bollente
troppo zuccherato e di una trapunta
fin sopra le lacrime
che cosa vorresti, bambina,
per non avere paura del teatro
della propria ombra
di uscire per cominciare a vivere
*****
INSOMNIA
I . prześwity
od sygnału karetek gęsi się skóra
chłód tnie trzewia do krwi
przygarbione obrazy pęcznieją od nadmiaru wilgoci
odpryski paciorkami spadają na ręce
skostniałe od żebrania o czas
naprzemiennie staję się bezmiarem bezradności
wobec atramentowych plam
plątaniny rur z impulsami na monitorach
ludzkim pelikanem z termosami zamiast skrzydeł
gotowym zadziobać za każdy akt nieuwagi
względem pomarszczonej skóry
wreszcie obolałym dzieckiem
któremu zabrano na drugi brzeg
koniec pępowiny
*
INSONNIA
I. barlumi
al suono delle sirene delle ambulanze la pelle si accappona
il freddo lacera le viscere fino al sangue
immagini ingobbite si gonfiano per l’eccesso di umidità
schegge come chicchi di rosario cadono sulle mani
irrigidite dal supplicare il tempo
in modo alternato divento un abisso d’impotenza
di fronte a macchie d’inchiostro
e a un groviglio di tubi con impulsi sui monitor
un pellicano umano con thermos al posto delle ali
pronto a beccare a morte per ogni atto di disattenzione
verso la pelle sgualcita
infine un bambino dolorante
a cui è stata portata via, sull’altra sponda,
l’estremità del cordone ombelicale
*
II. szamanka
chodzę na palcach przy stole
z nierozpakowanym koszykiem
w nim rosół na zdrowie skiszony na amen
czczę spinki do włosów wyprane koszule
zastygam z nadmiaru czasu
pełznącego pomiędzy palcami bańkami
w jednej tarmoszę ci rękę
masuję nogę (przecież musisz ćwiczyć)
w innej przesuwam rękę po chłodnym wieku
wypowiadam słowa i mantry
żeby nie kaleczyć – membrany baniek są kruche
jeśli niczego nie ruszę
może zawrócisz
*
II. la sciamana
cammino in punta di piedi attorno al tavolo
con il cestino ancora da disfare
dentro il brodo per la salute andato a male fino in fondo
venero fermagli per capelli camicie lavate
m’immobilizzo per l’eccesso di tempo
strisciante tra le dita in bolle
in una ti scuoto la mano
ti massaggio la gamba (devi pur fare esercizio)
in un’altra faccio scorrere la mano sul coperchio freddo
pronuncio parole e mantra
per non ferire – le membrane delle bolle sono fragili
se non muovo nulla
forse indietreggerai
*
III. przed podróżą
umyłam ci włosy
nie wiedząc że już się wybierasz – zamykałaś oczy
gdy grzebień sunął po włosich liniach –
wydrap dobrze – mówiłaś
lekceważyłam symptomy wplatałam codzienność
pomiędzy kolejne torebki odmierzające czas kroplami
każdego dnia mijałam prawdę w drzwiach
udając że się nie znamy
a los toczył trybiki
rzucał kartami jakby grał
nie pomógł nawet rosół
odeszłaś –
zostawiłaś wiatr
*
III. prima del viaggio
ti ho lavato i capelli
senza sapere che eri già in partenza – chiudevi gli occhi
quando il pettine scorreva lungo le linee dei capelli –
gratta bene – dicevi
ignoravo i sintomi intrecciavo la quotidianità
tra le successive bustine che misuravano il tempo a gocce
ogni giorno incrociavo la verità sulla porta
fingendo di non conoscerla
e il destino muoveva gli ingranaggi
sorteggiava le carte come se giocasse
non è servito nemmeno il brodo
te ne sei andata –
hai lasciato il vento
*****
czernina
nigdy jej nie jadłam
może dlatego że byłam świadkiem
nacinania kaczce łba
cienka strużka krwi kapała do szklanki z octem
kaczka drżała jakby dostała gorączki
albo ktoś potraktował ją paralizatorem
nie mogłam oderwać wzroku od oczu zachodzących mgłą
nie żałuj – mama mówiła – prędzej zdechnie
mniej będzie cierpieć
nieprawda
zupa tak samo drgała
*
czernina
(zuppa di sangue d’anatra)
non l’ho mai mangiata
forse perché avevo assistito
alla decapitazione dell’anatra
un sottile filo di sangue gocciolava in un bicchiere con l’aceto
l’anatra tremava come se avesse la febbre
o se qualcuno l’avesse colpita con un taser
non riuscivo a distogliere lo sguardo dai suoi occhi che si annebbiavano
non risparmiarla – diceva la mamma – morirà prima
soffrirà meno
non è vero
la zuppa tremava allo stesso modo
****
